Refleksja

Zadano mi przed paru dniami pytanie: co poruszyło cię najbardziej z programów czy wydarzeń, które ostatnio śledziłeś w telewizji?

Oczywiście spraw, zjawisk które bulwersują czy irytują nie brakuje. Choćby pomysł jednego z wiecepremierów by wprowadzić (wzorem południowych sąsiadów) winietki uprawniające do poruszania się drogami wyższej kategorii. Dochód z winietek miałby być przeznaczony na budowę i remont polskich dróg. Pomysł co najmniej mało przekonujący. Ileż to razy i w ilu wariantach (mniej lub bardziej ukrytych formach opodatkowania) polscy kierowcy płacili i płacą na budowę autostrad (których jakoś prawie nie przebywa) i remont dróg? Okazuje się, nie po raz pierwszy, że w tym świecie płacić trzeba nawet za to czego się nie dostało i prawdopodobnie nigdy nie dostanie.

Nie krzepią informacje o stosunku rządzących do gospodarki, w której socjalistycznym sposobem po raz kolejny oddłuża się (kosztem każdego podatnika) państwowe molochy zamiast pomyśleć o ich sensownej restrukturyzacji. Ale lepiej przecież zachować te relikty by potem móc obdzielać swoje zaplecze polityczne wysoko opłacanymi posadami w praktycznie niekontrolowanych spółkach skarbu państwa. A uczciwość, poczucie przyzwoitości, dobro tego kraju?

Są i informacje napawające nadzieją. Choćby ta, że po tragicznej fali powodziowej w Czechach, Niemczech i Austrii (na mniejszą skalę także w okolicach naszego Wałbrzycha) ruszyła fala ludzkiej solidarności i bezinteresownej pomocy. Także z Polski. I to nie tylko od tych, którzy na własnej skórze doświadczyli co to znaczy wielka woda.

Jednak programem, który zrobił na mnie największe wrażenie w ostatnich dniach był pewien skromny reportaż nadany na lokalnym kanale. Nie był to news z pierwszych stron gazet, ot, zdarzenie, jakich nie brakuje każdego dnia. Na jednej z ulic Warszawy doszło do wypadku. Prowadzący samochód młody człowiek, chcąc ominąć leżącą na jezdni przeszkodę, gwałtownie skręcił i uderzył, przy znacznej prędkości, w drzewo. Inny młody kierowca, świadek zdarzenia, zatrzymał się i niezwłocznie przystąpił do zabezpieczania miejsca wypadku i udzielania pomocy ciężko rannemu. Pomoc była na tyle skuteczna, że ofiarę udało się utrzymać przy życiu do przyjazdu wyspecjalizowanych służb ratowniczych.

Przybyli ratownicy potraktowali udzielającego pierwszej pomocy jak persona non grata i nakazali mu oddalić się z miejsca wypadku. Ten jednak pozostał, zakładając, że może jeszcze na coś się przyda. I pewnie mógłby być przydatny bo akcja prowadzona przez ratowników okazała się wyjątkowo niesprawna. Na tyle, że zaniepokojony jej przebiegiem, wyciągnął kamerę wideo, którą miał w swoim aucie i zaczął filmować całą akcję.

To, co sfilmował i później zostało pokazane w telewizji budziło bunt i zgrozę. Akcja, nawet w ocenie laika, jakim ja jestem, wyglądała na prowadzoną bezładnie. Brocząca krwią głowa rannego wisiała bez żadnego zabezpieczenia, nie zatroszczono się nawet o przytrzymanie języka by ranny się nie udusił.

Można było odnieść wrażenie, że ratownicy kompletnie ze sobą nie współdziałali, panował chaos i bałagan. Cała ta sytuacja przypominała raczej niewprawne próby niż profesjonalną akcję ratunkową. Tyle, że tam pomocy oczekiwał umierający człowiek. Ostatecznie nie udało się go uratować.

To przykre, gdy ktoś, kto jest z założenia przygotowany do zrobienia czegoś, nie spełnia pokładanych w nim oczekiwań. Kto bardziej niż ratownicy powinien fachowo nieść pomoc, podtrzymać tlące się w śmiertelnie rannym człowieku życie? Na kogo innego można liczyć w takiej sytuacji?

Jest rzeczą tragiczną gdy nasze życie zależy od niewłaściwych ludzi. Niekompetentni szefowie doprowadzają do tego, że możemy stracić pracę. Szaleńcy u władzy potrafią obrócić nasze życie w ruinę. Idący za głosem własnych ambicji i swoich (nie Bożych!) wizji przywódcy religijni mogą skutecznie zawrócić nas z drogi prowadzącej do Boga.

Na szczęście my, wierzący, mamy doskonały punkt odniesienia. Mamy samego Chrystusa. Śpiewamy, że jest On naszym Królem, Panem, Zbawcą, doskonałym lekarzem. Ale jak wyglądałoby nasze życie, gdyby Pan Bóg był lekarzem, któremu nie udają się operacje? Ilu spośród nas, Jego codziennych pacjentów, nie obudziłoby się z narkozy? Co stałoby się z nami gdyby był Królem, którego inny władca może z łatwością pokonać? Któż z nas - Jego dzieci - ostałby się? Zwyciężając króla likwidowano zwykle także jego rodzinę i bliższe otoczenie by ugruntować klęskę pokonanego i pozbyć się ewentualnych mścicieli.

Jaką wartość miałoby zbawienie które mamy w Chrystusie, gdyby nie było ostatecznie i trwale wywalczone na Krzyżu Golgoty? Opierając swoją wiarę na Nim, bylibyśmy w takiej sytuacji, jak to określił Ap. Paweł, najbardziej pożałowania godnymi ludźmi.

Chyba zbyt łatwo przyzwyczajamy się do dobrych rzeczy. Do błogosławieństw i obietnic jakie mamy w Panu. Do tego, że Bóg jest doskonały, że jest zwycięzcą, że ma rozwiązanie dla naszych problemów i czuwa nad naszym każdym krokiem (Ps. 91). Jakbyśmy niemal wierzyli, że nam się to należy i zapominali, że każde z błogosławieństw jest darem naszego Ojca, na który wcale nie zasługujemy.

Powierzając Bogu nasze życie dokonujemy najlepszego wyboru. Gdy pozostajemy w Jego rękach, jesteśmy bezpieczni, nie zdarzy się nic co nie byłoby pod jego kontrolą. Gdy idziemy za Jego głosem dojdziemy do celu (Ew. Jana 10). Możemy z ufnością powtórzyć za Dawidem słowa zapisane w Psalmie 55, w. 17-19: Ja do Boga wołam, A Pan mnie wybawi. Wieczorem, rano i w południe narzekać będę i jęczeć, i wysłucha głosu mojego. Wybawi duszę moją, obdarzy pokojem od napastników, choć wielu ich jest przeciwko mnie.

Tomek