Jezus bez charyzmy...?

O filmie pt. “Pasja” mówi się nieprzerwanie już od wielu tygodni. Nie oglądałam jeszcze tego filmu, śledzę jednak żarliwe dyskusje, publiczne debaty, słucham wypowiedzi znajomych (zarówno osób wierzących, jak i niewierzących), którzy ten film już zobaczyli.

Proponuję przyjrzeć się bliżej kontrowersjom, jakie ów film wywołuje, oraz słownym potyczkom. Na tej podstawie można wiele wywnioskować na temat kondycji chrześcijaństwa w naszym społeczeństwie.

Bezpośrednim bodźcem do napisania moich refleksji była wypowiedź Adama Hanuszkiewicza, która padała podczas dyskusji transmitowanej na żywo w 2 programie TVP.

Reżyser starał się przekonać współrozmówców, że film jest niesmaczny, nieestetyczny, nieewangeliczny itp. Na koniec rozmowy krzyknął w ostatnim zdaniu, że Jezus jest tam ukazany zupełnie bez charyzmy!

No właśnie! Reżyser powołując się na argument niezgodności z przesłaniem ewangelii, powinien orientować się, że... tak w istocie miało być.

Jezus został poniżony, upodlony (wg Ew. Mateusza 27, 29-30 “...upadając przed nim na kolana, wyśmiewali się z niego i mówili: Bądź pozdrowiony, królu żydowski! I plując na niego, wzięli trzcinę i bili go po głowie”) ; dla jego uczniów była to bardzo trudna próba wiary i wierności. W Ewangelii Jana (16, 32) czytamy: “Przed pojmaniem Jezus powiedział: Oto nadchodzi godzina, owszem już nadeszła, że się rozproszycie, każdy do swoich, i mnie samego zostawicie;”, w Ewangelii Mateusza (26, 31) “Wy wszyscy zgorszycie się ze mnie tej nocy; napisano bowiem: Uderzę pasterza i będą rozproszone owce trzody”.

Jezus doskonale wiedział, że tak się wydarzy. Pozwolił na to, abyśmy mogli w Jego imieniu dostąpić zbawienia. Ale, co ciekawe, wiedział też, że próba pozbawienia Go czci i owej tytułowej charyzmy, a z drugiej strony próba rozproszenia wierzących i szerzenia wśród nich wątpliwości, będzie się powtarzać, aż do Jego powtórnego przyjścia.

W trakcie kazania wygłoszonego na spotkaniu ewangelizacyjnym, związanego z tematyką męki Pańskiej, jak i pośrednio z filmem “Pasja”, padło twierdzenie, iż w dzisiejszych czasach otwarte mówienie o sobie jako chrześcijaninie, stawianie Jezusa jako Pana swego życia, a Słowa Bożego jako autorytetu, nie jest uznawane za szczególnie popularne. Ba, budzi nawet niesmak i konsternację. To temat tabu, który budzi irytację i zmieszanie.

A gdyby spojrzeć na takie reakcje jak na...dowód na istnienie Boga?...

Jeżeli na dźwięk imienia Jezus drgają delikatne struny naszej duszy, przypominając o tym, że nasza relacja z Nim jest nieuporządkowana (albo żadna), to w moim odczuciu potwierdza to, iż w człowieku tkwi potrzeba życia w bliskości z Bogiem. Nicky Gumbel opisał to tymi słowami: “Dopóki tej więzi nie odnajdziemy, zawsze będzie nam czegoś w życiu brakować.”

Doskonale pamiętam te “sygnały ostrzegawcze” z okresu przed moim nawróceniem; rozmowy dotyczące Jezusa budziły moje rozdrażnienie i niepokój. Zniknął on, kiedy pewnego pięknego, letniego poranka powiedziałam sobie (na głos!) – “czas na autentyczność”. Mój duch potrzebował poczucia Bożej bliskości i miłości, postanowiłam więc wyrazić moją potrzebę i zaspokoić ją budując więź z Jezusem. Tego małego “czujnika” w ludzkiej duszy nie są w stanie zniszczyć żadne zabiegi. Zagłuszyć - owszem.

Nawet jeśli próbuje się pozbyć Jezusa czci i świętości - czy to wyszydzając wiszącego na krzyżu, czy też przez podważanie Jego boskości lub wartości Jego nauki i obietnic w dzisiejszych czasach - On wygra, zatriumfuje. Księga Objawienia przekonuje o tym dostatecznie (pamiętacie tę scenę z filmu pt. “Adwokat diabła”? Szatan nie stworzy własnej księgi!).

A gdy przyjdzie Syn Człowieczy w chwale swojej i wszyscy aniołowie z nim, wtedy zasiądzie na tronie swej chwały” (Ew. Mateusza 25, 31) Będzie miał charyzmę.